Blog

Wrzesień - Październik 2008 r.

Wakacje już dawno się skończyły. I dobrze. Lubię, kiedy dużo się dzieje w moim życiu (a dzieje się zazwyczaj w trakcie roku szkolnego), ponieważ - pomimo wielu zajęć, albo właśnie dzięki temu - jest to dla mnie bardzo twórczy czas, czas wielu możliwości, poznawania siebie i innych. Jest, według mnie, coś mistycznego w codzienności. Wydaje mi się, że łatwiej jest być chrześcijaninem raz w tygodniu - w niedzielę. O wiele trudniej być nim na co dzień... Cóż, jest to dla mnie duże wyzwanie. Obejrzałam niedawno po raz drugi film o mężczyźnie, który urodził się bez rąk i bez nóg. Można powiedzieć: tragedia. On jednak jest pełen radości i nadziei, którą odnajduje w Bogu, chociaż wie dobrze, czym jest żal, rozpacz i beznadzieja. Niesamowite świadectwo tego, jak Bóg może działać w życiu człowieka! Polecam! Ten film można obejrzeć tutaj

Sierpień 2008 r.

Mam trochę wolnego czasu i postanowiłam nadrobić zaległości w lekturach. Żałuję, że tak późno odkryłam "Madame" A. Libery. Z ciekawością przyjrzałam się również portalowi "Nasza klasa". Właściwie, to nie ma już chyba osoby, która nie słyszałaby o tej możliwości znalezienia starych znajomych. Jak do tej pory słyszałam tylko entuzjastyczne opinie na ten temat. Ja jednak do tych "piewców" nie należę. Po tej lekturze nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Polacy w znakomitej większości pracowicie szukają swoich najlepszych fotografii, żeby je umieścić na portalu lub robią je tylko po to, żeby wzbudzić zachwyt, podziw, sympatię, zazdrość (niepotrzebne skreślić), tudzież ćwiczą synonimy do "ładne(y,a)" (dotyczy zdjęć lub osób przedstawionych na nich). Ale lektura okazała się również bardzo pouczająca. Wzrosło moje uznanie (a właściwie lepsze zrozumienie) dla niektórych dzieł literatury światowej. Przeglądając profile (zwłaszcza komentarze) różnych osób,miałam okazję doświadczyć "targowiska próżności". Okazuje się również, że Orwellowski Wielki Brat (czy, jak wolą niektórzy, Big Brother) wciąż czuwa i ma się całkiem dobrze...

Lipiec 2008 r.

Wakacje w pełni. Przeżywam je intensywnie, choć nie mam planów wyjazdowych na dłużej. Za to moje starsze dzieci wróciły z pierwszej kolonii w swoim życiu. W dodatku bardzo zadowolone. Dla mnie to był swego rodzaju sprawdzian tego, czy wychowałam je do tego momentu na tyle, by mogły sobie same poradzić. No i chyba wszyscy zdaliśmy ten egzamin. Zdążyłam uczestniczyć również w pogrzebie mojej koleżanki z pracy, która zaczadziła się i zmarła we własnym domu. Łatwo się domyślić, że wszyscy jesteśmy wstrząśnięci. Dlaczego piszę o tych dwóch sprawach? Wysyłając dzieci na kolonię, trzęsłam się ze strachu o ich zdrowie, samopoczucie. Okazuje się jednak, że zdrowie, a nawet życie można stracić we własnym domu... Czego uczą mnie te sytuacje? Tego, że to, co mogę najlepszego zrobić dla siebie i swoich bliskich, to zaufać Bogu i powierzyć Mu nasze życie i zdrowie.

Maj 2008 r.

Obejrzałam nagrodzony niedawno Oscarem film pt. "Pokuta". Zrobił na mnie duże wrażenie. Jest to opowieść o miłości niespełnionej, choć "skonsumowanej". Pokazuje odpowiedzialność za słowo, ile można zmienić za pomocą słów. Słowo Boga - tworzyło. Na Jego słowo powstał świat. Słowa bohaterki z tego filmu - małej dziewczynki - zniszczyły życie kochanków. Te dwa przykłady pokazują, jaką potęgą są słowa - często wypowiadane bezmyślnie, pod wpływem emocji. Ten temat jest dla mnie szczególnie ważny, ponieważ w swojej pracy zmagam się właśnie ze słowem. I tak mam kolejny temat do przemyśleń:)))

Kwiecień 2008 r.

Ostatnimi czasy odwiedzają mnie starzy znajomi z różnych zakątków Polski. Przy okazji tych wizyt widzę, że każda z tych osób (nawet jeśli nasze relacje nie były łatwe) ma miejsce w moim sercu i jest mi bliska. Jakoś nie potrafię ich "skreślić". Często oddałam im kawałek siebie, swojego życia... Nie wiem, jak inni to robią, ale ja nie potrafię zapomnieć o tym, co było, odwrócić się od przeszłości i żyć dalej, jakby nie było "kiedyś". W związku z powyższym wszystkim starym i nowym znajomym, którzy odnaleźli mnie tutaj, oświadczam, że wciąż JESTEŚCIE DLA MNIE WAŻNI (choć pewnie każdy w inny sposób;).

Marzec 2008 r.

Życie zwolniło...Mam więcej czasu, żeby pobyć z dziećmi, zobaczyć jak się zmieniły, żeby zająć się domem, spokojnie zrobić zakupy. I nasłuchuję... Chcę usłyszeć, co Pan ma mi do powiedzenia. Chcę w wielkanocny poranek z całego serca zakrzyknąć "Alleluja! Jezus zmartwychwstał!" Tylko... czy ktoś to usłyszy?...

Luty 2008 r.

Nieustannie wzruszają mnie wiersze ks.J. Twardowskiego. Prosta, wręcz naiwna jest wiara, o której pisze. Wiara, która równa się miłość. Ale dziś właśnie o nią najtrudniej. Wierzyć tak, jak wierzy dziecko - oto wyzwanie! Mam to szczęście, że doświadczyłam Bożej bezwarunkowej miłości i widzę, że jest to fundament mojego życia. Często pytam narzeczonych o to doświadczenie. Zazwyczaj nie wiedzą o czym mówię...

Styczeń 2008 r.

Nowy Rok to nowe plany, nowe wyzwania i nowe możliwości. Jaki był poprzedni - wiem. Nadchodzący - wciąż jest zagadką. I to jest niesamowite. Mam nieograniczone możliwości i szanse oraz stosy fantastycznych książek do przeczytania. Mam nadzieję, że któraś przynajmniej dorówna "Pełni serca" J.Eldredge'a. Im jestem starsza, tym coraz częściej przekonuję się, że "wszystko jest inne niż się wydaje"; ci, których uważałam kiedyś za przyjaciół - przestają nimi być, rutynowa czynność zaczyna dawać radość...Patrząc wstecz, mogę powiedzieć za Jakubem: "Prawdziwie Pan jest na tym miejscu, a ja nie wiedziałem" (Rdz 28,16). Myślami wciąż wracam do stwierdzenia z ww. książki: "Bez serca nie znajdziemy zadania, które jest tylko dla nas przeznaczone". No właśnie. Dobre pytanie na początek roku: jakie zadanie mam do spełnienia?